Gwara łowiecka


Początków gwary łowieckiej należy doszukiwać się w czasie, kiedy człowiek zaczął uprawiać rolę i udomowił zwierzęta. Wówczas to polowanie przestało być sposobem na przeżycie, natomiast stawało się sprawdzianem zręczności i umiejętności w przechytrzeniu zwierza, stawało się rozrywką. Posługiwanie się gwarą przez myśliwców wyróżniało tę grupę pośród innych, zaś terminologia łowiecka, niezrozumiała dla niewtajemniczonych dodawała łowcom znamion tajemniczości. Dzisiaj również język łowiecki jest elementem rozpoznawczym łowieckiej braci. Używany przez wiele wieków przez wszystkich polujących, szczególnie szanowany przez królów, język łowiecki przetrwał do dzisiaj. Przetrwał, bo za nieużywanie go nakładano na łowców różne kary. Jedną z nich była chłosta rzemieniem lub trzy płazy kordelasem, po uprzednim położeniu winowajcy na ubitym zwierzu.

Karą był też przymus wdrapania się na drzewo, które potem ścinano razem z winowajcą, co obrazuje fragment utworu:
„… Tak u myśliwców, gdy kto kształtem innym
Mówi polując, musi wnet być winnym
I musi z drzewem, prawie osadzony
Być podrąbiony …”

Bogactwo łowieckiego języka odnajdujemy w wierszu „Lamenty zajęcze” Artura Śliwińskiego z 1878 roku:
„Dumając o swej doli, usiadł zajączek w roli
A w utrapień nawale, takie rozwodzi żale:
Natura innym błoga, dla mnie skąpa i sroga,
Dlatego – nie pojmuję – wszystkiego mi brakuje.
Nie mam nóg tylko skoki, kicaniem są me kroki.
Myślałby kto, żem głuchy, zamiast uszu mam słuchy.
Za oczy mi się dostały, jakieś wytrzeszcze, gały,
Krew mą myśliwi mili w farbę przeistoczyli.
Turzycą zwą włos długi, w miejsce zębów mam strugi
Domy me, oficyny, ponazywali kotliny
Wszędzie będąc pod strachem, samiec zowie się gachem
A zajęcze zaloty zwą się znowu parkoty.
Samka kotką się zowie, bo jej ciągle kot w głowie,
Miłosne zaś gruchanie nazywają muskanie.
Gdy w rzepaku kot gości, powiadają że pości,
A jak siedzi pod krzakiem zwą go wtedy leżakiem
Gdy po śniegu się włóczy, utrzymują, że kluczy,
Gdzie postawi swe stopy, mówią że to są tropy
W biegu zawsze tnę susa, bo mi przecież brak kłusa,
Skromny jestem, nie tłusty, gdy się najem kapusty.
Woły, konie, psy, wrony mają swoje ogony,
Mnie zaś natura wtyka kawałeczek omyka(…)”

Na temat słownictwa łowieckiego głos zabrała Wisława Szymborska pisząc w „Lekturach nadobowiązkowych”:
„Terminologia myśliwska jest lubieżna (…). Coś tam w niej ciągle brocha, przydyndowuje i przenoża (…). Zapewnia nas o nobliwym znaczeniu pęcy, szastki, stypuły, wypluwki, odprzódki i odtylcówki, ale odczucie dwuznaczności nas nie opuszcza. Jeleń się czemcha, łania łyżki wystawia, pies paraduje z obwisłymi fąflami (…). Nie dość zresztą rozwiązłości jawnej to jeszcze tajna, pod słowami zgoła niewinnymi: fiołek to wcale nie fiołek, róża to nie tylko róża. Leżak, organista, polano, tabakiera, ekspres – druga treść się pod tym wszystkim dla wtajemniczonych kryje.”

Język łowiecki obejmuje około 5000 haseł, określających całokształt zagadnień łowieckich. Niektóre określenia nie przystają do obecnej rzeczywistości, umierają śmiercią naturalną a w ich miejsce wchodzą nowe. Jest to więc język żywy, dynamiczny. Wraz z językiem literackim jest naszym kulturowym dobrem narodowym.

Darz Bór
Maria Grzywińska

Niniejszy artykuł ukazał się w kwartalniku „Myśliwiec Warmińsko Mazurski”, numer 1 (67) z kwietnia 2016 i został zamieszony za zgodą autora. Kwartalnik dostępny jest bezpłatnie w biurze ZO PZŁ Łomża.

Previous Relacja z egzaminów na podstawowe uprawnienia do wykonywania polowania 2016
Next Apel o pomoc - uwolnijmy Kingę od respiratora