„Niedźwiedzia buchta”


Opowiadanie autorstwa kolegi Zbigniewa Skowrońskiego.

Wyprawę na niedźwiedzie na Tatarskim Praliwie planowałem już od wielu lat, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. W tej części Federacji Rosyjskiej byłem już kilka razy, w tym nad Tatarskim Praliwem w 1991 roku, ale było to zwykle późną jesienią, bądź zimą. Marzeniem moim było upolowanie wiosną dużego niedźwiedzia, samca. Jak twierdzą znawcy, Tatarski Praliw jest obok Kamczatki miejscem występowania, jeśli nie największych to naprawdę bardzo dużych niedźwiedzi brunatnych w Rosji.

Gdyby nie to, że Karolowi – koledze z Polskiego Klubu Safari – obiecałem, że jak będę jechał na niedźwiedzie na Daleki Wschód, to go zabiorę ze sobą, pewnie i w tym roku coś by mi znowu wypadło. Karol był bardzo wytrwały, dzwonił do mnie dwa, trzy razy w tygodniu i motywował mnie do tego polowania. Wreszcie zapadła decyzja – jedziemy w połowie maja. Kilka telefonów do znajomych w Rosji, zaproszenia, wizy, bilety, zezwolenia związane z bronią i w ciągu dwóch tygodni wszystko załatwione.

Wyjazd 18 maja. W między czasie Karol powiadomił mnie, że ma obustronne zapalenie płuc i jego wyjazd stoi pod znakiem zapytania. Ja byłem już poumawiany i podjąłem decyzję, że jadę sam. A tak na marginesie, to ja w tak odludne miejsca, lubię jeździć sam bo się nie muszę martwić o nikogo więcej, a i mi nikt nie skrzeczy nad głową, że jedzenie nie dobre, wódka za ciepła i że w izbuszce wanny nie ma, itd. Tylko specyficzny urok osobisty Karola spowodował, że zabrałem go ze sobą bo skubaniec wyzdrowiał. Wiedział, że czeka go wielka przygoda.

Spotkanie na lotnisku w Warszawie, odprawa broni i lecimy do Moskwy. W Moskwie na lotnisku Szeremietiewo II odebrał Nas Denis z Andriejem. Odprawa broni poszła dość sprawnie i zajęła nam około 2 godzin, to w warunkach rosyjskich chyba rekord. Przejazd z Szeremietiewa II na Szeremietiewo I – godzina jazdy samochodem.

Kolejna odprawa broni, sprawdzanie numerów, liczenie patronów i do odlotu do Chabarowska została już tylko godzina.

Udaliśmy się na kawę, a w kawiarni jak to zwykle w Rosji bywa, była przerwa, w drugiej kawiarni maszyna do kawy się zepsuła. Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się rosyjskie przysłowie „Rosji umom nie pajmiosz”. Kawę jednak wypiliśmy. Człowiek bywały w tym kraju, kawę, albo ma ze sobą, albo musi mieć nieprzeciętny dar organizacyjny.

Wreszcie lecimy. Denis poleciał razem z nami bo taki jest wymóg władz tego kraju, że jak są myśliwi z bronią, to musi być i opiekun, przewodnik (praważdajuszczy). Po 8 godzinach lotu wylądowaliśmy w Chabarowsku. Bagaże doleciały szczęśliwie, broń też. Jeszcze godzinka biurokracji związanej z bronią i byliśmy wolni.

Na lotnisku wynajęliśmy taksówkę, która nas zawiozła do stacji kolejowej Selihin, gdzie mieliśmy zamiar przesiąść się do pociągu.

Pociąg już kilka godzin wcześniej wyjechał, ale że jechał okrężną drogą i miał średnią prędkość około 25 km/h, istniało duże prawdopodobieństwo, że go dogonimy.

Po pięciu godzinach jazdy dotarliśmy do stacji Selihin. Mieliśmy jeszcze godzinę rezerwy. Pogoda nie nastrajała pozytywnie, padał deszcz i wiał silny wiatr.

Pociąg przyjechał o czasie. Czekało nas jeszcze bagatela 14 godzin podróży. Dziękować Bogu i pewnie trochę Denisowi, że załatwił kuszetki.

Około 6 rano pociąg dotarł do Wanino, tj.: do miejsca, gdzie zacznie się nasze polowanie. Na stacji czekał na nas Władimir. Zapakowaliśmy nasze rzeczy do Toyoty Land Cruiser’a i pojechaliśmy do jego biura. Biuro to mocno powiedziane. Tam przepakowaliśmy się znowu do Nissana Patrola bo Toyota to prestiżowa maszyna, a Nissan – robocza.

Kiedy jechałem Toyotą, przyglądałem się ulicom Wanina. Byłem tu pierwszy raz 19 lat temu i poza samochodami nic się nie zmieniło. Radzieckie samochody zastąpiono „Japończykami”, a jeszcze, w najokazalszym budynku w mieście, gdzie kiedyś było KGB, jest teraz merostwo, a poza tym czas dalej tak wolno płynie, jak dawniej. Są jeszcze na świecie takie miejsca, gdzie czas się zatrzymał. Za czasów Związku Radzieckiego, Wanino było miastem zamkniętym i niewielu obcokrajowców pewnie tam było, mnie się udało.

Gospodarz ugościł nas „czajem”. Siedzieliśmy w jego „ofisie”, a czas płynął i płynął i nic się nie działo.

Jak się później okazało, Nasi rosyjscy koledzy dopiero zaczęli się przygotowywać do wyprawy. Sama praca nie zajmowała im tyle czasu, co myślenie, jak tę pracę wykonać.

Około godziny 13.00 wyjechaliśmy do portu, gdzie czekał na nas parachod, była to około siedmiometrowej długości japońska motorówka z trzema miejscami do spania, ale chyba tylko dla Japończyków.

zs-2016-mysliwski-klub-dyskusyjny-019

Wypłynęliśmy około 14.00. W skład ekipy wchodzili szturman, wspomniany wcześniej, Włodimir, jego syn Siergiej (obaj Ukraińcy), mechanik i drugi szturman Andriej, półkrwi Niemiec, Denis i my dwaj polscy myśliwi. O Tarzanie, łąjce wschodnio – syberyjskiej, nie wspomnę. Płynęliśmy kilka kilometrów po Tumieniu, by wreszcie wyjść w morze. Fala około 1,5 metra dawała się nam dobrze we znaki. Zaczęła się cofka, tj. przypływ.

Po około godzinie morze się trochę uspokoiło i zza chmur wyszło słońce. Widać było piękne, wysokie klify. Obaj z Karolem siedzieliśmy i próbowaliśmy drzemać w kokpicie. Dwudziesto parogodzinna podróż dała się nam dobrze we znaki. Nagle podniósł się alarm „niedźwiedź”.

Wyszliśmy na pokład i faktycznie był niedźwiedź, a właściwie trzy. Była to stara samica z dwoma młodymi, rocznymi piastunami. Wołodia dostał takiego podniecenia, że co drugie słowo powtarzał: „Strzelaj, strzelaj!” bo pierwsze to było „bladź”.

Od niedźwiedzi dzieliła Nas odległość około 120 metrów i nikt z nas nie zamierzał strzelać matki dzieciom. Obserwowałem tą starą samicę. Miała wyraźne srebrne siodło na karku, wagę określiliśmy na około 300 kg. Widziałem ogromne zdziwienie na twarzy Wołodii, że nie chcemy strzelać. Powiedziałem mu, że myśmy przyjechali polować na duże samce, a nie na samice. Wołodia zaproponował żeby jemu strzelić tą samicę dla mięsa i żółci, ale propozycja nie spotkała się z zainteresowaniem ani Karola, ani moim. Zrobiliśmy kilka zdjęć i odpłynęliśmy dalej.
Tego dnia widzieliśmy jeszcze trzy niedźwiedzie, samicę z piastunem i młodego samca ok. 150kg.

Do izbuszki oddalonej ok. 120km od Wanino przypłynęliśmy o zachodzie słońca. Jak wielkie było zdziwienie naszych rosyjskich kolegów, kiedy zobaczyli, że z piętrowej izbuszki,która była wybudowana dwa lata temu pozostały tylko zgliszcza. Spłonęła może dzień, a może dwa przed naszym przyjazdem. Przypadek? Wołodia twierdził, że nie, że ktoś musiał podpalić, bo ta buchta miała być wystawiona na przetarg, a teraz to jej nikt już nie będzie chciał i będzie to miejsce dla brakonierów (kłusowników). Szturman Andriej został na parachodzie by trzymać wachtę a my zorganizowaliśmy prowizoryczny nocleg w starej izbuszce. Dobrze, że choć stary piecyk z jedną fajerka działał, bo mogliśmy wysuszyć buty i ubranie. Jeszcze kilka godzin opowieści myśliwskich, parę butelek „rosyjskiego mocnego białego wina” i spać.

zs-2016-mysliwski-klub-dyskusyjny-017

Pobudka o świcie. Poranek przywitał nas sztormem. Nie było żadnej możliwości, żeby dopłynąć pontonem (z silnikiem) do parachodu. Fale miały wysokość 2, a czasami i 3 metry. Widziałem jak potężny żywioł rzuca jak łupinką naszym stojącym na kotwicy w odległości ok. 500 m od brzegu parachodem. Zapytałem o Andrieja, czy da sobie radę sam ma wzburzonym morzu. Odpowiedź była jedna. Priwykł, a jeśli nie to priwykniet na dwa ili tri dnia, jeść ma co.

Krótka narada przy śniadaniu i jest decyzja. Karol z Wołodią i kabilem (łajką) pójdą pieszo na polowanie, a my nałowimy ryb na obiad i przygotujemy lepsze miejsca do spania. Dlaczego Karol, po pierwsze gość, a po drugie to moja broń została na parachodzie, a po trzecie to widocznie los tak chciał. Ja byłem do czasu zakończenia sztormu, praktycznie uziemiony. Dobrze, że chociaż nóż i lornetkę wziąłem.

Tak jak postanowiono tak i się stało. Gdzieś ok. godziny 6 wyszedłem z izbuszki położonej na niewielkim wzgórzu i zacząłem lustrować przez lornetkę okolicę. Morze dalej było wzburzone i nic nie wskazywało, że sztorm szybko minie. Bacznie obserwowałem klify oddalone o kilka kilometrów, z nadzieją, że może zobaczę niedźwiedzia. Zobaczyłem niedźwiedzia nie tam, gdzie się jego spodziewałem, nie na dalekich klifach, a praktycznie prawie pod nosem. Niedźwiedź wyszedł na odkrytą polanę na której było tylko kilka pojedynczych krzaków. Widziałem go doskonale w mojej lornetce o 10 krotnym powiększeniu. Dzieliło nas 1100 m.,tyle pokazał dalmierz. Był to stary samiec, powyżej 10, 12 lat, wagi około 300 kg. Bardzo ciemno umaszczony z dużym srebrnym siodłem. Zachowywał się bardzo spokojnie, cały czas żerując na świeżo co wzeszłych turzycach, nawet od czasu do czasu łba nie podnosił. On był tu Panem życia i śmierci, to był jego rewir, jeden z najlepszych jeśli nie najlepszy w okresie tarła łososi. To tu przez wąski przesmyk górska rzeka wpadała do morza, tworząc wcześniej długą na kilometr zatokę, która dochodziła prawie do naszej izbuszki. Morze i zatokę dzielił kilkudziesięciometrowej szerokości półwysep, wysoki na 2 góra 2,5 m. Od strony morza kamienisty, natomiast od strony zatoki porośnięty trawą. W połowie drogi pomiędzy niedźwiedziem, a naszą izbuszką stały dwie stare rybackie szopy. Dawały one idealną osłonę przy ewentualnym podchodzie.

Stałem i patrzyłem na tego wielkiego samca, praktycznie bezradny, nawet zdjęcia nie mogłem zrobić bo mało że broń to i mój sprzęt fotograficzny został na parachodzie.

Widocznie tak miało być, tak chciały duchy Tajgi.

Poszedłem do izbuszki gdzie Sieroga czaj izgatowił. Pijąc herbatę postanowiłem, że jeśli wyjdę, a niedźwiedź jeszcze będzie, to będę go podchodził. Zapytałem Sieriożę czy pójdzie ze mną podchodzić niedźwiedzia. Widziałem jego zmartwioną minę: ależ Zbigniewie Zdzisławowiczu my nie mamy żadnej broni. – Dlatego pójdziemy tylko popatrzyć powiedziałem, a nie polować. Kiedy zacząłem się ubierać Sieroża powiedział, ze zostanie, izbuszkę posprząta, kartofle obierze, a jak czasu starczy to i do mojego powrotu uchę ugotuje. Kiedy wychodziłem jeszcze raz zapytał: Zbigniewie Zdzisławowiczu, czy wy musicie tam iść. Odpowiedziałem,że nie ale chcę tego niedźwiedzia obejrzeć z bliższej odległości. Obiecałem mu, że dalej jak do rybackiej szopy chodzić nie będę. Widziałem strach w jego oczach, taki atawistyczny.

Wyszedłem przed izbuszkę i zacząłem bacznie obserwować przez lornetkę miejsce gdzie jeszcze przed paroma minutami widziałem niedźwiedzia. Sieroga stał za moimi plecami i również obserwował polanę. – Zbigniewie Zdzisławowiczu niema go, niema poszedł sobie sława bogu. Kiedy ja czułem jakiś dziwny, trudny do określenia smutek, Sieroga cieszył się jak małe dziecko, ciągle powtarzając sława bogu, sława bogu że sobie poszedł. Stałem jeszcze przez kilka minut i obserwowałem pustą polanę, kiedy nagle z za pojedynczej kępy krzaków powoli wyłoniła się sylwetka niedźwiedzia. – Jest, Sieroga, patrz jest. Sieroga siarczyście zabluźnił i rzekł: jeśli wy Zbigniewie Zdzisławowiczu przyjechaliście na Tatarski Praliw śmierci szukać to idźcie sobie tego niedźwiedzia oglądać, ale sam, ja zostaję. Uzbrojony w lornetkę i plecak w,którym miałem ubranie przeciwdeszczowe, butelkę z wodą, czekoladę i myśliwski nóż, powoli ruszyłem w stronę niedźwiedzia. Szedłem dość szybko w całości osłonięty przez półwysep, co jakiś czas zerkając przez lornetkę na niedźwiedzia. Po kilkunastu minutach byłem już przy rybackiej szopie. Usiadłem wygodnie oparty plecami o ścianę, całkowicie osłonięty od wiatru i zacząłem przyglądać się niedźwiedziowi. Teraz widziałem go znacznie lepiej, bo dystans skrócił się do 420 m. Tak jak sądziłem wcześniej, był to stary samiec, Na pewno miał powyżej 12 lat i nie mniej jak 300 kg. Spokojnie żerował na turzycach. Widać było potęgę tego ogromnego samca. Zastanawiałem się ile mógł ważyć jesienią. Myślę, że nie mniej niż 450, a może i 500 kg. Poruszał się niezwykle majestatycznie, nie okazując żadnych oznak niepokoju. To on był tu gospodarzem. W swoim już nie tak,krótkim życiu widziałem wiele niedźwiedzi, kilka upolowałem, ale ten był najpotężniejszy. Gdybym miał broń, gdybym miał chociaż aparat fotograficzny, siedziałem bezradny i przyrzekałem sobie, że już nigdy w życiu nie zostawię broni tak, żeby nie mieć do niej w każdej chwili dostępu. Kiedy tak siedziałem i rozmyślałem przyszła mi myśl, że może duch tajgi da mi jeszcze jedną szanse spotkania z tym, a może z jeszcze lepszym niedźwiedziem.

Powoli rozgoryczenie i emocje zaczęły ustępować miejsca zmęczeniu. Zamknąłem oczy, tylko na chwilę, kiedy je otworzyłem, niedźwiedzia już nie było. Spojrzałem na zegarek, okazało się że moja drzemka trwała około godziny. Zastanawiałem się przez krótką chwilę czy ten niedźwiedź to przypadkiem nie był sen, nie, nie, to nie był sen. Jeszcze raz przez lornetkę obejrzałem polanę i okoliczne krzaki, ale niedźwiedzia już nie było. Postanowiłem wracać do izbuszki.

Kiedy przyszedłem, izbuszka była wysprzątana jak na prazdnik paschy i co najważniejsze ucha była już gotowa, stała gorąca na kuchni. Zjedliśmy z Sierożą po pełnym talerzu, smakowała jak zawsze, czyli wyśmienicie. Coś jest w tej rybnej zupie, inaczej smakuje w tajdze, a inaczej w domu. Powiedziałem o tym Sieroży. Odpowiedział normalno, na prirodzie wsio imiejet drugoj wkus. – Zbigniewie Zdzisławowiczu, a co wyście tam tak długo siedzieli – zapytał Sieroża?. – Obserwowałem niedźwiedzia. – Trzy godziny? Nie, nie, niedźwiedzia dawno już nie było, a wy jeszcze żeście tam z pół godziny siedzieli. Popatrzyłem na niego i odpowiedziałem: Siergiej, zdrzemnąłem się godzinkę. – No nie, wy to chyba macie nerwy ze stali Zbigniewie Zdzisławowiczu żeby spać tak blisko niedźwiedzia. No nie, nie, ja tam bym za żadne skarby nie poszedł, a co dopiero spać.

Około 14 wrócili Karol z Wołodią o kabilu nie wspomnę. Miny mieli nie tęgie. Kabil też nie wyglądał najlepiej. Na kufie widać było świeżą bliznę. Na pytanie co się stało Karol pierwszy odpowiedział: strzelałem do niedźwiedzia. – I co, leży? – Nie. – Duży? – Tak bardzo duży. – I co? – I nic. – Siadaj zjedz trochę uchy i opowiadaj padrobno. Karol usiadł na narach. Widać było, że cały aż chodzi z emocji. Wołodia zaproponował żeby wypić po stakanie ma rozsłabienie. Wypiliśmy po szklaneczce. – Karol opowiadaj jak było – zagaiłem. – Muszę jeszcze jednego wypić. Wołodia nalał Karolowi pół szklaneczki. Korol wypił i zabluźnił siarczyście. – Dlaczego nie wziąłem do Blasera lufy 9.3., tylko 270 WSM? Gdybym strzelał z 9,3 to by leżał. – Karol opowiadaj wreszcie jak było.

– Słuchajcie, tak jak żeśmy uzgodnili poszliśmy aż za pierewał zobaczyć czy na osłoniętych od wiatru sałancach nie ma niedźwiedzi. Niczego po drodze żeśmy nie widzieli, ani na pierewale, ani na sałancach. Około 10 postanowiliśmy powoli wracać, kierując się w stronę izbuszki. Po godzinie marszu w dół doszliśmy do starej drogi zrywkowej, która prowadziła w stronę morza. Drogi, to mocno powiedziane. Był to stary może 10, 15 letni nie używany szlak zrywkowy. Wolniutko idąc, noga za nogą z każdym kilometrem coraz bardziej traciłem nadzieję na spotkanie z niedźwiedziem.

W pewnym momencie Wołodia złapał mnie za rękaw i zaczął ściszonym głosem krzyczeć – niedźwiedź, niedźwiedź strielaj, strelaj. Faktycznie ok. 200m od nas na niewielkiej polanie położonej na południowym stoku, nachylonym ok. 45 stopni widać było sylwetkę dużego niedźwiedzia. – Karol, miał srebrne siodło? – zapytałem. Zabluźnił siarczyście, ale tym razem już po rosyjsku. – Nie pamiętam, nie zwróciłem uwagi. Odezwał się Wołodia – Zbigniewie Zdzisławowiczu nie nie miał srebrnego siodła. Odetchnąłem z ulgą. – Ty Wołodia siedź cicho, żebyś mnie nie szarpał ze kurtkę to bym go strzelił. Żeby przerwać tą dość niezręczną sytuację poprosiłem Karola tonem nie znoszącym sprzeciwu, opowiadaj dalej. – Obejrzałem niedźwiedzia przez lornetkę, wydawał mi się bardzo duży. Ile ważył – na oko ok. 200 kg. Wołodia szepnął 250 to miał nie wyjęte i ze 2.4 m. – Postanowiłem strzelać, a ten czort pałasaty ciągle mnie ponaglał: strielaj, strielaj. Miałem wyjątkowo niewygodną pozycję strzelecka, ze względy na brak możliwości oparcia i duży kąt nachylenia. Strzelałem trochę z kolana, a tak naprawdę to prawie z wolnej ręki. – Karol z wolnej reki do niedźwiedzia na 200 m? – Już chociaż ty mi nic nie gadaj. – Dobra, odpowiedziałem – i co dalej. – Po strzale niedźwiedź zaczął się kręcić. w kółko. Trzeba było strzelać jeszcze raz. Strzelałem jeszcze dwa razy, ale już do niedźwiedzia w biegu, ale nie trafiłem, bo Wołodia ciągle krzyczał: strelaj, strielaj. – Wołdia, Karol papał? – zapytałem. – Pierwym zacepił, a wtaroj i trietij wystrieł mimo. Odczekaliśmy ok. pól godziny i poszliśmy na miejsce zestrzału. Widać było wygniecioną trawę i parę kropel farby, żadnej ścinki. Farba raczej ciemna mięśniowa. Wołodia luzem puścił kabila, który szybko podjął trop i zniknął w krzakach. Po krótkiej chwili usłyszeliśmy pojedyncze szczeknięcie, a potem zamarła grobowa cisza. Bardzo ostrożnie z bronią gotową do strzału podchodziliśmy w kierunku tego miejsca. Po kilku minutach podchodu oczom naszym ukazał się widok leżącego w bezruchu kabila. Jeszcze dychał ale nie wstawał, nawet łba nie podnosił. Na kufie widać było kilkucentymetrową bliznę. Musiał go niedźwiedź zaczepić, rzekł Wołodia, szkoda kabila, młody jeszcze i głupi, za blisko podlazł. Zaczęliśmy oglądać miejsce zdarzenia. Wyraźnie widać było gdzie niedźwiedź się zatrzymał. Na trawie była ciemna mięśniowa farba i co ciekawe farba zmieszana ze śliną. – Najprawdopodobniej postrzeliłem go w przednią lewą łapę. – Ale skąd ta farba ze śliną? – zapytałem. Wołodia bez namysłu odpowiedział: postrzelony niedźwiedź odbiegł kilkaset metrów, do pierwszego gęstego, tam zaległ i łapę wylizywał. – Jak sądzisz Wałodia wyliże się? – Kabil – zapytał – czy niedźwiedź? – Kabila to ja widzę,ale niedźwiedź? – Niedźwiedź się wyliże, bo rana tylko powierzchowna, kości nie połamane, bo się jeszcze na tej postrzelonej łapie podpierał jak biegł. – A co z kabilem? – zapytałem. – Poleżał jeszcze parę minut i powoli się zgrabał. Najpierw tylko łeb podnosił, potem wstał, ale się przewracał. Nie mógł równowagi utrzymać, ale po jakimś czasie znowu wstał i zaczął powoli iść za nami. Przejdzie 20, 30 m i się wywali na plecy, potrzęsie się trochę i znowu wstaje. Powoli przylazł do izbuszki, a jak przylazł to się wyliże.

Patrzyłem na tą wschodniosyberyjską łajkę, cała się trzęsła jak galareta, nie wiem czy od urazu czy bardziej ze strachu. Chciałem choć zdezynfekować jej otwartą ranę na kufie, ale Wołodia zaprotestował. – Zostaw bo cię jeszcze pogryzie jak Karola wczoraj. Jak ma żyć to będzie żyć.

Wołodia położył się na narach i natychmiast zasnął. Karol i Sieroża postanowili dokończyć butelkę. Ja wziąłem spinning i poszedłem ryb połowić, bo do wieczora zostało jeszcze parę godzin. Połów był udany. Pod wieczór morze jakby trochę ucichło. Miałem nadzieję, że może jutro uda się nam dotrzeć do katiera po moją broń i że w końcu zacznie się moje polowanie.

Kiedy wróciłem do izbuszki wszyscy spali jak ubici, a na stole była nie jedna,a dwie puste butelki. Powoli zacząłem przygotowywać kolację. Chętnych do kolacji nie było.

Zaraz po kolacji poszedłem spać. Sen przyszedł bardzo szybko. W nocy budziłem się kilka razy i nasłuchiwałem. Morze z każdą godziną cichło.

Pobudka o świcie. Podczas śniadania uzgodniliśmy plan działania na dzień dzisiejszy. Jeśli uda się nam dostać do katiera popłyniemy jakieś 70 km. na północ. Po śniadaniu spakowaliśmy wszystkie nasze rzeczy i wynieśliśmy na brzeg. Morze nie było jeszcze całkiem spokojne, fale miały ok. jednego metra, a jak się nałożyły to i półtora.

Pierwsza próba odbicia od brzegu skończyła się niepowodzeniem. Kolejne również. Podjęliśmy decyzję o przeniesieniu łodzi przez półwysep do małej zatoki, którą popłynęliśmy do ujścia rzeki i tam spróbować wyjść w morze. Tam fale wydawały się jakby trochę mniejsze. Na końcu zatoki zostawiliśmy część bagaży i Sierożę. Wołodzia zdecydował, że jeśli ta próba się nie powiedzie to wracamy do izbuszki i czekamy aż morze się uspokoi. Zaczęliśmy liczyć fale jedna, druga, trzecia, czwarta i jeszcze raz i jeszcze raz..Silnik pracował na pełnych obrotach. Traciłem powoli nadzieję czy uda się nam. Wreszcie nadszedł ten moment kiedy fale stały się równe i nie nakładały się na siebie. Szybko wskoczyliśmy do łódki i odbiliśmy od brzegu. Udało się, ale do katiera dotarliśmy mokrzy od stóp do głów. Dobrze, że miałem kurtkę i spodnie nie przemakalne. Wołodzia wylał kilkanaście wiader wody z łódki i popłynął po resztę bagaży i Sierożę. Dopiero teraz z pozycji katiera widzieliśmy jak ta mała łupinka zmagała się z wielkimi falami. Czasami cała ginęła nam z oczu, by za chwilę pojawić się znowu. Wołodia szczęśliwie dopłynął do brzegu. Widziałem przez lornetkę jak pakuje bagaże. Posłuchał mojej rady, żeby wszystkie rzeczy w miarę możliwości powiązać linką. Pierwsza próba nie powiodła się i łódka wylądowała na brzegu. Zacząłem mieć wątpliwości czy uda im się dotrzeć do katiera. Szturman Andriej jakby czytał moje myśli. Zabluźnił siarczyście i powiedział,że jak im się drugie podejście nie uda to będziemy czekać aż morze trochę ucichnie. Czekaliśmy w napięciu. Przez lornetkę widziałem jak Wołodia wylewa wodę z łódki, sprawdza czy bagaże są dobrze powiązane.
Ustawili łódkę dziobem do fali, uruchomili silnik i czekali na właściwy moment. Podobnie jak za pierwszym razem liczyli fale, pierwsza, druga, trzecia, czwarta. Szybko wskoczyli do łódki. Silnik pracował na pełnej mocy. Odbili od brzegu i na kolejnej dużej fali o mały włos nie wylądowali do góry dnem. Dzięki bogu cali, przemoczeni do suchej nitki, z łódka do połowy zalaną wodą dotarli do katiera. To naprawdę twardzi ludzie znający swoje rzemiosło. Kiedy oni przebierali się w suche ubrania, ja przygotowałem gorącą herbatę. Krótka narada i ruszyliśmy na północ. Katier dobrze radził sobie z falami. Zapasy paliwa mieliśmy wystarczające na ok. 1300 – 1500 km. Im dalej odpływaliśmy od brzegu tym morze stawało się jakby trochę spokojniejsze. Oddaleni ok. 2 – 3 km. od linii brzegowej bacznie obserwowaliśmy sołanca wypatrując niedźwiedzi. Po drodze na bardzo wysokim klifie spotykaliśmy dużą kolnie maskonurów. Poprosiłem szturmana by podpłynął bliżej. Zrobiłem kilka zdjęć i odpłynęliśmy dalej. Godziny mijały i nic się nie działo. Do naszej nowej bazy dopłynęliśmy ok. południa. Była to stara opuszczona przez rybaków izbuszka, niezwykle malowniczo położona nad słodkowodną zatoką, do której wpadała niewielka, ale jak się później okazało bardzo rybna rzeka. Warunki w izbuszce delikatnie mówiąc spartańskie, ale piękno okolicy rekompensowało wszelkie niedogodności. Wypakowaliśmy wszystkie nasze rzeczy z katiera na małą łódkę i przewieźliśmy na brzeg. Nauczony doświadczeniem poprzedniego dnia, tym razem zabrałem już wszystko. W czasie kiedy Sieroża i Andriej robili obiad my sprzątnęliśmy izbuszkę i przygotowali miejsca do spania. Widać, że nie było tu nikogo od dłuższego czasu. Podczas obiadu ustaliliśmy plan na wieczór. Tym razem moja kolej. Razem z Wołodią popłyniemy kilka kilometrów małą łódką w górę rzeki do jeziora i tam do wieczora poczekamy na niedźwiedzia. Po obiedzie krótka drzemka. Sen przyszedł niezwykle szybko. Tylko zamknąłem oczy, a już usłyszałem, Zbigniewie Zdzisławowiczu pora ruszać. Wypiłem łyk gorącej herbaty, zabrałem broń, lornetkę, swój nieodłączny plecak i popłyneliśmy. Po drodze widzieliśmy na brzegu rzeki stare ślady niedźwiedzi. Były to ślady samicy z młodym piastunem. Do jeziora dotarliśmy po ok. pół godzinie. Przed nami malowały się przepiękne widoki. Rynnowe jezioro długości ok. 1.5km.i szerokości nie więcej jak 1 km., wokół otoczone wysokimi brzegami porośniętymi świerkiem i listwiennicą. Od północy na wierchnych sobkach widać było śnieg. Widziałem na twarzy Wołodi zachwyt pięknem tej dzikiej przyrody. Krasata Zbigniewie Zdzisławowiczu krasata. Opłynęliśmy wokół jezioro ale świeżych śladów niedźwiedzi nie było widać. Postanowiliśmy zaczekać do zmierzchu w trzcinach przy zachodnim brzegu. Siedzieliśmy obaj w milczeniu, od czasu do czasu obserwując przez lornetkę oświetlone zachodzącym słońcem brzegi jeziora. Poza parą orłów które krążyły nad nami żadnego zwierza nie było. Bardzo szybka zaczęło się zmierzchać i postanowiliśmy wracać do naszej bazy. Kiedy dotarliśmy na miejsce było już zupełnie ciemno, widać było jedynie gwiazdy na niebie, co zwiastowało poprawę pogody. Na pewno w nocy będzie kilka stopni mrozu. Gorący czaj z kociołka wiszącego nad ogniskiem na rozgrzanie, szybka kolacja z wcześniej złowionych ryb, mała szklaneczka wody nasennej i poszliśmy spać. Sen przyszedł niezwykle szybko. Kolejny dzień polowania za nami.

Pobudka jak zwykle o świcie. Dzień przywitał nas kilkustopniowym mrozem. Powietrze było bardzo rześkie. Brzegi rzeki, która jeszcze wczoraj swobodnie płynęła pokryły się lodem. Szybkie śniadanie, podczas,którego uzgadniliśmy plan na dzisiejszy dzień. Polować będziemy na pobiereżu. Będziemy płynąć katierem i obserwować wysokie klify. Jeśli spotkamy starego samca, to katier zostaje na otwartym morzu, a myśliwy z Wołodią małą łódką dopłynie do brzegu i będzie próbował podchodzić na odległość strzału. Szybko zapakowaliśmy swoje rzeczy na małą łódkę i po paru minutach byliśmy na katierze. Morze było wyjątkowo spokojne. Praktycznie flauta. Plan przewidywał, że dopłyniemy około południa do oddalonej 65 km buchty, Niedźwiedziej Buchty, chyba,że wcześniej coś spotkamy. Dzień zapowiadał się raczej pogodny i była duża szansa spotkania niedźwiedzia. Tak sobie to sam tłumaczyłem,tym bardziej, że dzisiaj to ja miałem prawo pierwszeństwa w polowaniu. Po około godzinie szturman przyniósł dobrą wiadomość. Połączył się przez radio z przepływającym kilka kilometrów od nas dużym statkiem, który podał mu pogodę na najbliższe dwa dni. Znajdowaliśmy się na skraju rozległego wyżu, który kierował się w naszą stronę. Była to pierwsza dobra wiadomość podczas tego polowania.

zs-2016-mysliwski-klub-dyskusyjny-018

Katier płynął powoli, a my obserwowaliśmy oświetlone słońcem klify. Nigdzie nie było widać niedźwiedzi. Atmosfera stawała się lekko senna. Tak to zwykle bywa gdy nic się nie dzieje. Postanowiłem zejść pod pokład i zdrzemnąć się z godzinkę. Poleżałem może 15, może 20 minut, kiedy do kabiny wszedł rozemocjonowany Sierioża. – Zbigniewie Zdzisławowiczu izubry, całe stado izubrów. Szybko wyszedłem na pokład i faktycznie na południowym stoku pasło się duże stado izubrów. – Zbigniewie Zdzisławowiczu czy możecie zastrzelić nam jednego, a może i dwa izubry zapytał rozemocjonowany Wołodia. Popatrzyłem na niego zdziwiony. – Wołodia przecież teraz nie jest sezon na izubry, tylko jesienią. – Zbigniewie Zdzisławowiczu, ale nam miaso nużne, a czy izubrowi nie wszystko jedno czy go upolują wiosną, czy jesienią, czy go niedźwiedź upoluje czy wy. Ot rosyjska mentalność. – Wołodia my przyjechaliśmy na polowanie, na niedźwiedzie, a nie na izubry. Widziałem w oczach Wołodi wielkie zdziwienie dlaczego. Próbował jeszcze mnie przekonywać, że gdyby było miaso to łatwiej było by niedźwiedzia upolować. Popatrzyłem na niego i tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedziałem: – Wołodia nie to znaczy nie i koniec dyskusji. Zapanowała grobowa cisza, którą przerwał dopiero warkot włączonego silnika. Wołodia jeszcze raz zapytał: ale dlaczego? Odpowiedź moja była natychmiastowa: ruki pa szwam i bolsze razgaworow niet, poniał? – Poniał, poniał, ale nam miaso nużne. Dzieliła nas mentalna przepaść i jakakolwiek dyskusja na ten temat była zbędna, bo moje argumenty były dla niego nie pojęte.

Katier powoli jak mówią Rosjanie tichim chodom płynął dalej na północ. Po jakiejś pół godzinie podszedł do mnie Denis i zaczął próbować rozmawiać o zaistniałej sytuacji. – Zbigniewie Zdzisławowiczu zrozumcie ci ludzie mają inną mentalność, to jest daleki wschód tu są zupełnie inne usłowia żyzni (warunki życia). – Denis nie opowiadaj głupot ja na dalnom wastoke polowałem wiele razy i pierwszy raz spotykam się z taką sytuacją. Po prostu nasz gospodarz, myślałem o Wołodi jest niezwykle pazerny, to nie jest myśliwy tylko komersant.Powiedziałem Denisowi, że tak na marginesie to jest nasze polowanie i my decydujemy czy strzelamy czy nie i już więcej nie wracajmy do tego tematu. Moja rozmowa z Denisem daleka była od wersalu, ale miałem nadzieje, że poskutkuje. Zrobiłem sobie i Karolowi gorącą herbatę i obaj zeszliśmy pod pokład. Karol widząc moje niezadowolenie zaproponował żeby wypić po kielichu i zdrzemnąć się godzinkę. Z godzinki zrobiło się dwie.

Do naszej nowej bazy dotarliśmy około trzeciej po południu. Była to stara rybacka letnia chata pamiętająca jeszcze czasy Wisarionowicza. Ważne że miała okna, żeliwną kuchnie i w dobrym stanie nary. Przygotowaliśmy szybko obiad, podczas którego uzgodniliśmy plan polowania na dzisiejszy wieczór. Andrieja zostawiliśmy w bazie, żeby przygotował drewno na opał, kolację i nocleg. Wypłynęliśmy około czwartej po południu. Cały czas płyniemy na północ, a właściwe to północny wschód bacznie obserwując klify. Mijamy jedną zatokę, potem drugą. Klify są tak wysokie i strome, że nawet gdy byśmy i zobaczyli niedźwiedzia to nie było żadnej szansy na jakikolwiek podchód. Słońce powoli zbliżało się do ośnieżonego horyzontu, świecąc nam prosto w twarz. Obserwacja przez lornetkę stawała się niezwykle męcząca. Kiedy katier mijał kolejną zatokę zauważyłem na zacienionej do połowy polanie czarną plamę. Na początku wydawało mi się że jest to ciemny krzak, ale kiedy ten krzak się poruszył byłem już pewien,że jest to niedźwiedź. Tylko jaki niedźwiedź ?. Dzieliła nas odległość ok. trzech kilometrów, a może i więcej. Z perspektywy morza i pod słońce nie byłem w stanie określić dokładnie odległości. Kiedy powiedziałem,że widzę niedźwiedzia wszyscy popatrzyli na mnie z niedowierzaniem. – Gdzie, gdzie?. Najbardziej rozemocjonowany był jak zwykle Wołodia. Po krótkiej chwili już wszyscy widzieli niedźwiedzia.

Zaproponowałem żeby zmniejszyć obroty silnika i powoli płynąć w stronę wysokich wysuniętych w morze klifów, które oddzielały jedną buchtę od drugiej. Po kilku minutach straciliśmy niedźwiedzia z oczu. Wysokie klify całkowicie przysłaniały nam oświetloną zachodzącym słońcem polanę. Byliśmy w strefie cienia, jakiś kilometr od brzegu. My nie widzieliśmy niedźwiedzia, ale i katier był dla niego nie widoczny. Andriej wyłączył silnik i opuścił kotwicę. Zacząłem popędzać Wołodię żeby szybciej przyciągnął mała łódkę do burty katiera. Zanim łódka dotknęła burty Wołodia z dubeltówka na plecach już siedział w niej. Zażartowałem: Wołodia sam chcesz płynąć na tego niedźwiedzia. Nic nie odpowiedział, tylko majstrując przy małym silniku pod nosem powtarzał bystrej, bystriej. Po chwili i ja z bronią i plecakiem byłem już w łódce. Kiedy płynęliśmy w stronę brzegu, chcąc rozładować trochę napiętą atmosferę, zapytałem: Wołodzia a patrony ty wział. Wołodzia nerwowo sprawdził w kieszeni kurtki i z uśmiechem na ustach odpowiedział: wziął, wziął. Warkot silnika naszej małej łódki skutecznie zagłuszały rozbijające się o skały fale. Po paru minutach byliśmy na brzegu. Brzegu to mocno powiedziane, był to metrowej, czasami dwumetrowej szerokości pas kamieni o bardzo różnej wielkości, od całkiem małych po kilkumetrowe, co jakiś czas całkowicie zalewany przez fale, a od strony lądu ograniczony wysokim na jakieś 50 metrów klifem. Wyciągnęliśmy na duże kamienie łódkę i powoli zaczęliśmy nasz podchód. Zarówno mnie jak i Wołodi podchód sprawiał duży problem bo kamienie były niezwykle śliskie. Jeden niewłaściwy krok i można było wylądować w morzu. Po kilu minutach zmagań wyszliśmy na suchy ląd. Podeszliśmy ostrożnie jeszcze jakieś dwieście metrów i oczom naszym ukazał się jedynie oświetlony zachodzącym słońcem wierzchołek sobki. Niedźwiedzia nie widzieliśmy. Zasłaniał go nam jeszcze jeden nie wysoki, ale dość stromy pagórek, o wyjątkowo trudnym podejściu. Zostawiłem plecak i kurtkę. Praktycznie na czworaka razem z Wołodią wspięliśmy się na ten stromy pagórek. Niedźwiedzia dalej nie widzieliśmy. Zasłaniał nam go kolejny pagórek. Poprosiłem Wołodie, żeby został na miejscu i ja sam będę podchodził niedźwiedzia. Wołodia potwierdził skinieniem głowy, że zostaje. Powoli zacząłem wspinać się uważając,żeby nie strącić kamieni i nie wywołać małej lawiny, która mogła by spłoszyć niedźwiedzia. W pewnej chwili usłyszałem za plecami obsuwające się kamienie, obejrzałem się za siebie i zobaczyłem oddalonego o kilka metrów Wołodie. Nie powiem żebym był z tego zadowolony. Gestem ręki przywołałem go do siebie i używając wyjątkowo nie cenzuralnych słów w jego ojczystym języku dałem mu do zrozumienia, że jak zrobi chociaż jeden krok to ja przerywam polowanie a z nim rozliczę się po swojemu. Nie chodziło tu o rozliczenie finansowe o czym on doskonale wiedział. Język rosyjski ma swoje właściwe dla takich sytuacji dosadne określenia. Do wierzchołka zostało jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów stromego podchodu. Słonce już całe schowało się za horyzontem. Jeszcze kilkadziesiąt minut i będzie ciemno. Zdyszany i mokry od potu doszedłem wreszcie do wierzchołka góry. Oczom moim ukazała się szeroka na ok. dwadzieścia i długa na ok. pięćdziesiąt metrów miejscami porośnięta starą trawą kamienista półka. Bacznie obserwowałem przez lornetkę oddaloną o jakieś pięćset, sześćset metrów polanę, ale niedźwiedzia nie widziałem. Część polany zasłaniały mi krzaki. Miałem nadzieję, że może gdzieś za tymi krzakami jest. Powoli kamienistą półką noga za nogą przesuwałem się tak, żeby mieć jak największy ogląd polany. Byłem już na samym końcu półki kiedy pojawił się On samotny stary samiec. Wysunął się powoli z za niewielkiej kępy krzaków. Wyglądał majestatycznie. Pomimo iż dzieliło nas ok. pięciuset metrów gołym okiem widać było jego masywną sylwetkę. O dalszym podchodzie nie było mowy. Niedźwiedź był na odkrytej, porośniętej zaledwie kilkoma kępami krzaków polanie znajdującej się na skłonie nachylonym pod kątem ok. 45 %. Jeszcze chwila i zacznie się zmierzchać. Obserwując cały czas niedźwiedzia bardzo ostrożnie cofnąłem się kilka metrów na granicę półki skalnej i góry na którą jeszcze kilka minut temu się wspinałem. Szukałem dobrego miejsca do oddania strzału. Zszedłem poniżej wierzchołka, tak że byłem cały osłonięty. Zdjąłem z szelek sztucer, wyciągnąłem nóżki dwójnogu na maksymalną wysokość i położyłem się na kamieniach. Pozycja strzelecka nie była zbyt komfortowa, ale dawała względną stabilność. Zmierzyłem odległość 472 m. Korekta lunety. Miałem go w lunecie, ale stał na sztych. Z każdą minutą robiło się coraz mniej światła. Żeby lepiej widzieć włączyłem podświetlenie krzyża. Niedźwiedź poruszył się i zaczął schodzić w kierunku krzaka. Jeszcze kilka metrów i zniknął by mi z pola widzenia. W pewnej chwili zatrzymał się, podniósł łeb do góry i zaczął węszyć w moim kierunku. Czyżby wyczuł mnie na taką odległość. Jeszcze kilka minut temu miałem wiatr od niego. Wszystko stało się jasne gdy po chwili poczułem lekki powiew wiatru od morza w moje plecy. Wiedziałem,że za chwilę mnie wyczuje i da nogę w krzaki. Gorąca krew napłynęła mi do skroni. Trzymałem go cały czas w lunecie gotowy do strzału. Niedźwiedź obrócił się i pokazał mi bok, ale łeb trzymał wysoko i węszył w moją stronę. Nacisnąłem spust. Rozległ się huk wystrzału i wyraźne odbicie uderzenia kuli. Niedźwiedź zrolował i stoczył się ze zbocza. Widziałem jak bezwładnie wykonał kilka obrotów i zniknął w krzakach. Poczułem wyraźne drżenie w kolanach. Zacząłem nerwowo szukać zapalniczki, żeby zapalić papierosa, ale została w kurtce. Na szczęście miałem w kieszeni zapałki. Paląc papierosa rozmyślałem ile jeszcze czasu dał by mi ten niedźwiedź. Myślę, że jeszcze sekunda dwie i było by po wszystkim, ale duchy tajgi czuwały nade mną. Kiedy tak rozmyślałem, zdyszany przyszedł Wołodia. Był bardziej rozemocjonowany ode mnie. Pierwsze słowa jakie wypowiedział to było: papał, pramazał? Odpowiedziałem: pramazał, było daleko. Zapadła grobowa cisza. Po chwili Wołodia zapytał: a może chatia zacepił. Odpowiedziałem: Wołodia ja tu posiedzę odpocznę a ty pójdziesz i sprawdzisz może leży, a może ranny. – Zbigniewie Zdzisławowiczu taki głupi to ja nie jestem żeby niedźwiedzia w tych krzakach szukać. Rozładowałem sztucer, wyjąłem magazynek, który schowałem do kieszeni i poprosiłem Wołodie,żeby dał mi swoją dubeltówkę i kilka partonów to ja sam pójdę poszukać tego niedźwiedzia, a on w tym czasie przyniesie kurtkę moją, plecak i sztucera popilnuje. Widziałem zdziwienie na jego twarzy. Dał mi swoją dubeltówkę i cztery breneki. Ja poszedłem szukać niedźwiedzia, a on bez słowa poszedł po kurtkę i plecak. Szybko znalazłem miejsce zestrzału i obfitą farbę. Niedźwiedź leżał jakieś pięćdziesiąt metrów niżej bokiem oparty o krzaki. Z bliska wydawał się jeszcze większy, myślę, że ważył ok. 350 kg. Kula 338LM nie wyszła z niego. Cała energia została w środku.

Kiedy tak stałem w zadumie ciesząc się z upolowanego pięknego niedźwiedzia odezwał się Wołodia. Odpowiedziałem mu i po paru minutach był już przy mnie. Kiedy zobaczył niedźwiedzia zaczął cieszyć się jak dziecko. Było jeszcze na tyle jasno, że można było zrobić kilka pamiątkowych zdjęć.

Skórowaniem musiałem zająć się sam gdyż żaden z moich rosyjskich kolegów nigdy skóry z przeznaczeniem na trofeum nie zdejmował.

Po zmroku dotarli do nas Karol i Sierioża. Pomogli znieść skórę i mięso. Do obozu dotarliśmy grubo po północy.

Wszyscy byliśmy tak zmęczeni, że po skromnej kolacji nie było chętnych na więcej jak jeden kieliszek wody rozmownej.

Kolejny raz spełniło się moje marzenie upolowałem wielkiego amurskiego niedźwiedzia na Tatarskim Praliwie w Niedźwiedziej Buchcie.

Zbigniew Skowroński

Previous Szkolenia na selekcjonerskie i podstawowe uprawnienia do wykonywania polowania 2016
Next Pierwsze spotkanie Myśliwskiego Klubu Dyskusyjnego